Oszustwo państwowe

Pływasz po mazurach, żeglarstwo zaczyna ci się coraz bardziej podobać. Wybierasz się na rejs na Pogorię czy gdzieś do Chorwacji i podoba Ci się jeszcze bardziej. Patrzysz na profile znajomych, którzy wrzucają zdjęcia z fajnych rejsów i chcesz być morskim żeglarzem, takim jakby bardziej prawdziwym. Chcesz jak oni pływać w fajne miejsca, mieć ogorzałą twarz i opowiadać interesujące historie w gronie kolegów. I koleżanek.


Dzięki umiejętności sprawnej obsługi najpopularniejszej wyszukiwarki internetowej świata szybko orientujesz się, że droga do bycia duszą towarzystwa i najważniejszym człowiekiem na jachcie jest banalnie prosta. Trzeba skończyć kurs i zdać egzamin. Właściwie to nie trzeba kończyć tego kursu, ale wygooglowałeś, że lepiej skończyć. Kupujesz podręcznik Kolaszewskiego i jedziesz.
Kurs trwa 6 dni, odbywa się na małym jachcie wyposażonym w rumpel. Na kurs składają się manewry na żaglach i na silniku, trochę teorii. Dużo, ale mówią, że da się ogarnąć temat. Jesteś trochę załamany, bo nowych terminów które poznajesz jest całe mnóstwo, a każdy wykład zaczyna się od zdania „ten temat jest bardzo ważny”. I choć same nazwy wykładów nic ci nie mówią (MPDM, locja) to jakoś udaje się dopłynąć do końca i przystąpić do egzaminu. Brakuje wprawdzie godzin, ale dostałeś opinie z rejsu na kursie, gdzie jak się okazało, podczas kursu wypływałeś ich 70.
Na egzaminie, prowadzonym przez podmiot uprawniony przez Państwo Polskie, miły pan poleca wykonać jakieś manewry, miła pani rozdaje testy i na koniec okazuje się, że wynik jest pozytywny. Po miesiącu pocztą przychodzi patent, na którym jest orzeł państwowy i informacja, że jesteś jachtowym sternikiem morskim i że Rzeczpospolita Polska, w swoim majestacie stwierdza, że w zasadzie możesz kierować jachtami o długości do 18 metrów.
I wtedy, jeśli potrafisz kojarzyć fakty i masz w sobie trochę wewnętrznej samorefleksji i odpowiedzialności, dociera do ciebie, że zostałeś, w majestacie prawa, przy udziale Państwa, trochę jakby bardzo  oszukany.
Rozumiesz, że nigdy nie zaplanowałeś rejsu, że oprócz zadań na kursie nie prowadziłeś nawigacji, że nie widziałeś nawet jak się opracowuje plan podróży, że nigdy nawet nie słyszałeś jak się rozmawia z oficerem statku w celu uzgodnienia zamiarów, że potrafisz podejść long side na 8 metrowej łódce z rumplem, ale nie rufą w Y bomy na 15 metrowym jachcie wyposażonym w koło sterowe. Czujesz, że trochę wiesz, ale brak ci doświadczenia, obycia i opływania, pozwalającego na to, by kierować nie tylko 18 metrowym jachtem, ale w zasadzie jakimkolwiek jachtem po morzu.

A nawet jeśli kurs był na 36 stopowej Bavarii, było koło sterowe, y- bomy i rejs na Bornholm, to nadal brakuje doświadczenia. I choć dobrze pamiętasz, że instruktor na koniec powiedział, że otrzymanie patentu to początek przygody z żeglarstwem, że wszystkiego tak naprawdę musisz się teraz sam uczyć, to nadal czujesz, że to jest jednak jakieś oszustwo.

Od 2013 roku aby zdobyć prawo do kierowania 18 metrowym jachtem wystarczy mieć 200 godzin doświadczenia w rejsie po morzu (na jakiejkolwiek pozycji), egzamin z manewrowania i test teoretyczny z kilku dziedzin.
Niby wygląda w porządku, ale te 200 godzin, to zdecydowanie zbyt mało, by cokolwiek zacząć rozumieć z tego co się dzieje na jachcie, zbyt mało by wziąć odpowiedzialność życie kilku osób i całkiem spory majątek i, by być uczestnikiem ruchu na drodze wodnej na równi z innymi jej uczestnikami.

 

Kiedyś szczyciliśmy się tym, że polscy skipperzy są dobrze wyszkoleni i dobrze przygotowani do pełnienia swojej funkcji, a nasz system szkolenia i drabinkę stopni stawialiśmy za wzór. To się skończyło.
Każda generalizacja, także ta, którą teraz popełniam, jest zła, ale to celowe przerysowanie. No więc wystarczy w jakimś obcym porcie popatrzeć na manewry polskich skipperów. Wystarczy popływać na większym jachcie i popatrzeć na dokonania oficerów. Jest źle. Wiedzą o tym szkolący instruktorzy, wiedzą egzaminatorzy. Wie też większość zdających. Brakuje nam stopnia pozwalającego, na mniejszym jachcie, terminować na morzu. Te słynne 18 metrów to długość najdłużej wersji popularnego niegdyś przegubowego Ikarusa (choć większość miała długość 12 metrów), czy naprawdę przegubowcem może kierować ktoś, kto właśnie zdobył prawo jazdy na Yarisie?
Od razu napomknę, że nie chcę się wpisywać w spór między liberalizatorami przepisów a tymi, co chcą ich zaostrzenia. Chcę powiedzieć, że rodzica wysyłającego dziecko na rejs, armatora dającego jacht w czarter, uczestnika rejsu – który specjalnie nie zna się na systemie patentów w Polsce, uspokaja wiedza, że skipper ma patent potwierdzony autorytetem Państwa Polskiego. I nikt nie rozumie, że Państwo ich wszystkich oszukuje. Chyba już uczciwiej byłoby te kwestie oddać wyspecjalizowanym organizacjom (Polski Związek Żeglarski, ISSA, RYA) i pozwolić na zdobywanie certyfikatów i licencji w ramach tych organizacji (jak to ma miejsce w nurkowaniu, gdzie zdobywa się patenty organizacyjne – PADI, CMAS, SSI – a nie państwowe) niż podtrzymywać tę iluzję z którą mamy teraz do czynienia.
Nie jest też dobrym wyjściem powiedzieć człowiekowi: „masz wysokie uprawnienia, ale wiesz.. tak naprawdę mało przeżyłeś, więc jeśli jesteś wystarczająco odpowiedzialny, to weź z nich nie korzystaj”. Bo to też jest oszukiwanie człowieka. Jak mówimy, że ma prawo prowadzić jacht 60 stopowy – znaczy, że ma prawo, a nie, że w toku zdobywania doświadczenia, dopiero tego prawa nabędzie. Zresztą, na patencie i w ustawie jest napisane, że można dowodzić 60 stopowcami bez spełnienia dodatkowych warunków.

Co nas czeka? Według mnie dewaluacja stopnia jachtowy sternik morski. Armatorzy przed wydaniem jachtu będą wymagali dodatkowych informacji (doświadczenie, staż) a już słyszę, że niektórzy przestają honorować jsm. Oszustwo się pogłębi, gdyż patent ten, przestanie cokolwiek znaczyć i okaże się, że krew, pot i łzy włożone w jego zdobycie nic nie daje. Posiadacz jsm będzie miał wprawdzie prawo do dowodzenia jachtem morskim – ale w praktyce może nie będzie miał gdzie z tego prawa skorzystać.
I tym smutnym akcentem kończę tę opowieść o dzisiejszym świecie.
Saili-ho!

2 komentarze

  1. Bardzo inspirujący artykuł w zestaweniu z raportem z ostatniego spotkania drużyn wodnych:
    Może już zatem czas, by
    zamiast szkolić na stopnie, to
    zastapić lęk przed wodą szacunkiem dla żywiołu,
    uczyć samodzielności i poczucia odpowiedzialnosci za decyzje, zamiast zwalania na instytucje „patentująco-szkolące”
    i moim zdaniem najwazniejsze:
    uczyć, jak planować/ nawigować/ żeglować dla przyjemności z każdej chwili na wodzie, a nie dla ulgi, jak się już rejs skończy 😉

    Piszę tak, bo w końcu do tego dojrzałem;) i myślę, ze znam sposób, przynajmniej jeden z wielu
    Aloha:)

Zostaw komentarz. Lub nie...

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *